Recenzja – InFamous

Wszystko to zaś jest jedynie tłem do samego feelingu zabawy. O fabule powiem więcej za chwilę, przedtem trzeba koniecznie ustalić jedno. Jesteśmy bohaterem. Jesteśmy koksem bez maski, znanym ze swojej tożsamości i rozpoznawalnym na ulicach. Tylko od naszych czynów będzie zależało co zrobi tłum na dźwięk naszych kroków. Wyklnie, przegoni? A może zacznie wiwatować? Przychylność zdobywamy lecząc ludzi na ulicach, wykonując kolejne zadania dla dobrych obywateli (policji, lekarzy) oraz stawiając czynny opór szalejącym po miejscach publicznych Żniwiarzom. Czerwona poświata zaś wymaga mordowania niewinnych, szkodzenia gliniarzom i łapiduchom oraz wykonywania „złych” zadań. Brzmi dosyć oczywiście i niestety tak też jest podczas gry – możemy albo rzucić się na ratunek komisariatowi, albo poczekać się obie strony powycinają same. Pokonanie całej armii jest w sumie tak samo łatwe jak pokonanie niedobitków (wystarczy odrobina rozeznania przestrzennego i cela) więc decyzje o naszym nastawieniu są stricte fabularne.

Nawet moce zbalansowano – żadna z tych „złych” nie jest nieziemsko lepsza od dowolnej „dobrej”. I vice versa. Sam przechodziłem misje po dobremu, tak samo jak i każdą grę. Ponieważ nie chcieliśmy recenzji puszczać w lipcu nie przeszedłem fabuły do końca jako badguy, postawiłem jednak Wasze dobro nad własną przyjemnością i końcówkę samą przeszedłem u znajomego jeszcze raz. Tym razem jednak jako złoczyńca. I przyznam się, że również było awesome.

A cała ta wybitność znowu bierze się z samego faktu bycia rozpoznawalnym i posiadania super mocy (nawet po kablach i torach możemy się ślizgać korzystając z naszych mocy – wow!). My po tym mieście hasamy jak chcemy. Żadna ściana nam niestraszna, żadna armia za duża i żaden generator nie dość pojemny (regenerujemy nasz power wysysając elektryczne obiekty – telewizory, budki telefoniczne, samochody). Oglądaliście może Hancocka? Jest taka scena, gdy po banku chodzi czwórka bandytów. I tytułowy bohater szybkimi ruchami unieszkodliwia jednego po drugim, napadający zaś za nic nie mogą pojąć, co się dzieje. Bardzo podobne w odczuciach sytuacje spotykamy podczas obcowania z InFamous. Jest sobie cała uliczka przeciwników. Pojawiam się na jednym dachu, zasypuję ich granatami. Po chwili jestem już ulicę dalej, zdejmując wieżyczkowego celnym headshotem. Gdy wszyscy odwracają się w stronę, z której padł strzał – cóż, mnie tam nie ma. Jestem za to za ich plecami i wywracam pozostałych mocarną falą uderzeniową. A resztę z piąchy.

Fajne uczucie.