Recenzja – InFamous

A do tego wszystkiego dochodzi naprawę ciekawa fabuła. Miasto po eksplozji poszukuje bohatera – poszukuje też winnego całego zamieszania. Co ciekawe, oba te ruchy w społeczeństwie dosyć często zazębiają się w jedną osobę – nas. I od naszych decyzji zależeć będzie, która grupa zwycięży – ta chcąca nas ukamienować, czy ta rzucająca w nas konfetti.

Osobami dramatu są także Trish, ukochana której siostrę zabiła Ta Eksplozja oraz Zack – niewyobrażalny materialista i fan teorii spiskowych. A przy okazji nasz kumpel. Jest także Moya, tajemnicza kobieta z FBI mająca do nas masę uprzedzeń walczących z potrzebą współpracy. I wiele innych ładnie nakreślonych charakterów, które spotykają się w coraz to dziwniejszych okolicznościach w związku z masowymi poszukiwaniami pewnego niebezpiecznego artefaktu, walczenia z terrorystami oraz ratowaniem ludzkości.

Prawie do samego końca ciężko jest przewidzieć „ale o co chodzi”, chociaż jakieś delikatne przeczucia ma się praktycznie od pierwszego momentu w grze. Jest to cecha naprawdę fajnie napisanego scenariusza – można bawić się w zgadywanie, ale i tak w mniejszym lub większym stopniu zostaniemy zaskoczeni.

Na koniec zostawiłem krótkie rozważania o lokalizacji produkcji. Z wersją oryginalną miałem styczność tyle co grałem w demo – na szczęście zaplątało mi się na dysku aż do wczoraj – mogłem więc sobie porównać lektorów i ich przyłożenie do pracy. Po angielsku Cole wysławia się w sposób prosty, wkurzony. Jest jednakże świadom swojej siły i z wielu jego odzywek czuć nienachlany cynizm. Jego edycja rodzima zaś ma tzw. „problem lektora bohatera”. Podkładający głos, zamiast starać się grać naturalnie, mówi niżej niż powinien (a’la Christian Bale jako Batman), zbyt patetycznie i chyba lekko przegina z dramatyzmem wyciekającym z blisko każdej wypowiedzi. Podobna sytuacja była w Wiedźminie – naprawdę nie jestem przekonany, że nawet „Bywajcie” powiedziane na pożegnanie musi być aż tak głęboko tragiczne. Ogólnikowo jest jednakże nieźle – błędów większych nie ma, lektorzy są dosyć średni, ale swoje robią. Poza tym po godzinie-dwóch i tak nie zwracamy uwagi na ich głosy/ton. Tylko rozrabiamy dalej!

Bo też i stąd bierze się cała miodność biegania po Empire City. Bo możemy być prawdziwym bohaterem, siać zniszczenie i ratować śmiertelnie chorych. Robić wszystko. I samemu decydować, czy bardziej nam do twarzy w aurze błękitnej czy czerwonej.

Bo jeśli możesz wszystko, gdzie postawisz granicę?